Burley Bee - test

Przeczytaj przed zakupem! » Burley Bee - test

„Burley” to dla Amerykanów synonim określenia „przyczepka rowerowa”. Nie powinno nas to dziwić, skoro marka jest obecna za oceanem od trzydziestu sześciu lat i to ona ustanowiła standardy, do których musieli się dostosować pozostali producenci. A model Bee jest najlepszym przykładem na to, jaka powinna być tanio wykonana, lecz spełniająca najwyższe normy bezpieczeństwa (np. atest ASTM) przyczepka rowerowa.

ZALETY:

Podczas przeglądania parametrów technicznych Burleya Bee od razu rzuca się w oczy jego niewielka waga – zaledwie 8 kg. Prostota – cecha charakterystyczna tej przyczepki przekłada się na jej lekkość, co bynajmniej nie czyni jej mniej wytrzymałą. Ładowność „pszczółki” jest standardowa - można przewozić nią dwójkę dzieci (i bagaże) nie przekraczających wagi 45 kg.

Burley Bee składa się do rozmiarów 94 x 62 x 28 cm (dł. x szer. x wys.), więc żaden bagażnik nie powinien być dla niego za mały, a jego szerokość po rozłożeniu (76 cm) powoduje, że bez trudu mieści się w standardowych drzwiach (80 cm). Takie parametry mogą być zachęcające nawet dla rodziców jednego dziecka, dla którego taka „powiększona” jedynka stanie się bardzo przestronnym pojazdem, gdzie będzie można przewozić wielu pluszowych przyjaciół.

Jednak rozmiary i waga to nie jedyne zalety tej przyczepki, na każdym kroku objawia się bowiem prostota rozwiązań zastosowanych w niej rozwiązań. Już chwilę po wyjęciu przyczepki z kartonu można ruszać z dziećmi na wycieczkę, bo użytkownik musi wyłącznie przykręcić cztery śrubki mocujące ochronę kół w kształcie skrzydełek czy też „płetw rekina”. Szybkie złożenie (wystarczy pociągnąć tylną ramę i zatrzasnąć ją łącznikami z ramą główną) wciśnięcie kółek i dyszla rowerowego dopełnia tego szybkiego montażu. A więc w drogę!

Z początku może nas denerwować kolor. Bo co to za pomysł, żółto-czarna kolorystyka. Co prawda dzieci są zachwycone i zawsze wolą jechać „pszczółką”, ale przecież łatwo się może zabrudzić. Krótka przejażdżka po lesie udowadnia, że się z początku myliliśmy, gdyż Burley Bee dzięki swemu „ubarwieniu”  jest widoczny w terenie, a kwestia zabrudzenia też przestaje być problemem. Wystarczy odpiąć napy i do prania.

Projektanci zadbali o najdrobniejsze detale. Już pierwszy kontakt małego dziecka z przyczepką powinien być pozytywny, gdyż przednia osłonka nóg jest odpinana, więc malec nie musi się przez nią wspinać. Jak w pozostałych przyczepkach Burley na dziecko czeka przestrzeń na nogi o długości 25 cm oraz zagłębienie w podłodze, gdzie może wygodnie je ułożyć. Co prawda samo wnętrze jest bardzo skromnie wyposażone; oparcie siedzenia jest dość pionowe, lecz po zluzowaniu taśmy podtrzymującej z tyłu podparcie, dziecko może smacznie zasnąć (głowa nie opada), co udowodniła nasza trzyletnia córka.

We śnie maluchom nie będzie też przeszkadzało nadmierne nasłonecznienie, gdyż boczne okienka (z filtrem UV) są lekko przyciemnione. Nie ma też szans, żeby klapa z moskitierą odczepiła się podczas jazdy po wertepach, gdyż przymocowano ją bezpośrednio do ramy przyczepki, a nie na rzepy, jak u innych producentów.

Mimo cięcia kosztów, w ascetycznej kabinie pozostawiono tak ważne dla dziecka kieszenie na drobiazgi, a także mniejszą kieszonkę (na przykład na dokumenty) w bagażniku, który być może nie imponuje rozmiarami, ale wszystko, czego potrzeba na piknik lub jednodniową wycieczką się tam zmieści.

Mocowanie do roweru jest identyczne jak w pozostałych przyczepkach Burley. Z pozoru sztywne, ale przy pierwszej próbie ujawniają się zasady jego funkcjonowania - schowanie elastycznego elementu głęboko w rurze dyszla ma go zapewne zabezpieczać przed niepotrzebnymi wygięciami i przedłużyć jego trwałość.

Oczywiście zawsze trzeba mieć w pamięci ile kosztuje Burley Bee (1200 zł), więc już z tej racji przyczepka musi mieć jakieś braki w stosunku do droższych modeli. Na czymś w końcu producent musiał „przyciąć koszty”.

BRAKI:

Przede wszystkim nie można zapominać, że Burley Bee to nie 2w1, czy 3w1. Jeśli się zdecydujemy na zakup, to nie będziemy już mogli dokupić żadnych zestawów: wózka, joggera, czy nart. Jedynym akcesorium będzie wkładka bądź leżaczek dla dziecka. Oczywiście dla zapalonych rowerzystów to wcale nie musi być wada.

Poważniejszym mankamentem związanym z cięciem kosztów są pasy – dzieci przytrzymują tylko wąskie, pozbawione ochronek taśmy. Główne pasy są 3-punktowe, niepołączone z dodatkowym pasem biodrowym, dającym pozostałe dwa punkty zaczepu. Wygody maluchowi nie będzie też przysparzać ławeczka, która niewiele różni się od stosowanych w najtańszych przyczepkach. Jest to rozwieszony kawałek materiału, bez żadnych dodatkowych wkładek czy poduszek.

Słabo rozwiązano również sprawę odblasków: taśma odblaskowa jest wyłącznie z tyłu przyczepki, podobnie jak światełka odblaskowe (czerwone). Natomiast boki i przód przyczepki pozbawione są tej ochrony.

Jeszcze bardziej dokuczliwy może być słaba wentylacja wewnątrz pojazdu, ponieważ w czasie deszczowego dnia dziecko może nie mieć frajdy z wycieczki. Po zakryciu przedniej moskitiery brakuje jakiegokolwiek otworu, przez które wlatywałoby do kabiny powietrze … Ale ta wada uwidacznia się tylko w deszczowe dni.

Łatwo z kolei wytłumaczyć brak hamulca postojowego. Nie ma przecież dodatkowych kółeczek, na których przyczepka by odjechała; a dyszel oparty o ziemię sam w sobie jest hamulcem.

Podsumowując, twórcy Burleya Bee projektując przyczepkę „bazową”, dla osób, które liczą się z każdym groszem, obniżyli koszty głównie upraszczając do niezbędnego minimum sposób wykonania budki. Nie oszczędzali jednak ani na bezpieczeństwa dziecka, ani na sprawdzonych, bardzo dobrych rozwiązaniach technicznych, zaczerpniętych z wyższych modeli.

  • Dodaj link do:
  • facebook.com
Facebook